Tekst: Jakub Jurak, Małgorzata Kołtun, Joanna Nowakowska
Zdjęcia: Szymon Kucharski


„Wegany i wegetariany!” – te słowa witały nas codziennie rano podczas śniadania w czasie naszego pobytu w Milówce. Sześć dni wspólnej jazdy – cudowny czas spędzony na stoku i w karczmie pod stokiem, w ośrodku i przede wszystkim ze znajomymi. Ten wspaniały tydzień rozpoczął się na Placu Defilad, skąd rozpoczęła się nasza długa jazda autokarem do Milówki – miejsca, w którym mieliśmy mieszkać. Ekscytacja narastała w nas z każdym przebytym kilometrem, zapowiadała się najlepsza biała szkoła w historii Hoffmanowej i nic nie mogło popsuć nam naszego humoru.

Pierwszy wieczór spędzony w Milówce był naznaczony coraz intensywniejszym wyczekiwaniem na pierwszą wspólną jazdę w słowackich Beskidach. Narciarze czy snowboardziści, wszyscy nie mogli się doczekać pierwszego zjazdu. Grupy zaawansowane od razu dostały wolną rękę, a początkujący pomocną dłoń, która pomogła im przetrwać pierwsze trudy i setki upadków. Nic nie mogło jednak pozbawić nas pozytywnej energii, a zmęczonym intensywną jazdą, sił i otuchy dodawała myśl o pysznych, świeżych kołaczach pod stokiem. Sześć godzin jazdy  może wykończyć każdego, ale nie nas, Hoffmaniaków.

W ośrodku wcale nie było nudno, a my staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać ten błogosławiony czas bez sprawdzianów. Wspólne oglądanie filmów, granie w Monopoly, i wielogodzinne rozmowy przy akompaniamencie gitarowego minizespołu sprawiły, że odzyskaliśmy nasze siły i byliśmy gotowi na białe szaleństwa następnego dnia. I pomimo tego, że jazda na stoku wyglądała codziennie tak samo, to nikogo to nie nudziło. Wszyscy odrodzili się na basenach w aquaparku, gdzie odpoczęliśmy, zregenerowaliśmy  poobijane ciała i znaleźliśmy chwilę dla siebie podczas relaksu w jacuzzi i saunie.

A ostatni dzień pobytu przyniósł moc wrażeń – nocną jazdę na stoku w Zwardoniu. Na miejscu czekała nas niemiła niespodzianka,  okazało się, że żeby dostać się z parkingu pod wyciąg,  musieliśmy przejść dość długi odcinek drogi pod górę, niosąc na plecach swój ekwipunek narciarski. Ten trud jednak się opłacił – jazda pod gwiazdami przyniosła niezapomniane wrażenia, które trudno przyrównać do czegokolwiek innego.

I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie wisząca nad nami świadomość nieuchronności powrotu do szarej rzeczywistości i uczniowskiej codzienności w Warszawie. Jednak, mimo że wyjazd się skończył, to jeszcze długo będziemy go wspominać. Zachowamy w pamięci wspaniałe chwile i mile będziemy wspominać  pomocnych instruktorów, przesympatycznego pana Marka Żabnickiego – organizatora obozu, a przede wszystkim będziemy pamiętać liczne siniaki, świetną zabawę i miłe towarzystwo.